Bartosz Szczygielski „Aorta”

Mięso do potęgi

Gdyby ustępował głupszym, przez całe życie chodziłby zgięty wpół, kłaniając się ich niskiemu IQ. Świat wypełniony był idiotami przekonanymi o swojej wyższości, ustępowanie każdemu z nich nie miało sensu.

Bartosz Szczygielski to powiew świeżości. Nie mylić ze świeżakiem. Nie wiem, czy to naturalny dar, jaki Szczygielski otrzymał, przychodząc na świat, czy lata recenzowania oraz pisania opowiadań, ale jego powieściowy debiut, czyli Aorta, jest na rynku wydawniczym tym, czego winien sobie życzyć każdy wielbiciel literatury gatunkowej, która, zdawać by się mogło, powiedziała już w swoim temacie wszystko. Jest Aorta przede wszystkim niesztampowa językowo, chociaż momentami czerpie od najlepszych. Jest także niebanalna i przewrotna fabularnie, choć wydawałoby się, że buńczucznych glin, bezlitosnych mafiozów i sprytnych prostytutek jest w popkulturze aż nadto. Jest też okrutna i naturalistycznie bezpardonowa, co może równie dobrze odstręczać, jak i wprowadzać w pozytywne osłupienie, bo przecież ten Szczygielski taki wrażliwy i empatyczny w tych swoich felietonach, a tu taki inny… Wreszcie, Aorta jest symboliczna, co zostaje wzmocnione jej kontynuacją, Krwią, która zresztą jest jeszcze lepsza od poprzedniczki. Czytaj dalej „Bartosz Szczygielski „Aorta””

Ewelina Dyda „Przychodzę nie w porę”

Zdany egzamin, czyli kochając brzydkie dziecko

Deszcz uderzał o szybę jak wściekły treser w Bogu ducha winne zwierzę. Nie irytowało mnie to jednak. Prawdopodobnie dlatego, że nie byłem na kacu.

Tym razem zacznę banalnie, Państwo wybaczą. Od prawdy starej jak świat zacznę, a przynajmniej starej jak moment, w którym człowiek nauczył się snuć opowieści ku rozrywce bliźnich. Napiszę zatem, że sukces literackiego – i nie tylko literackiego – debiutu bywa złudny, ponieważ prawdziwą miarą splendoru autora jest nie to, jak przyjmie się jego pierwsze dzieło, ale to, czy drugie jest lepsze od poprzedniego, a przynajmniej czy trzyma poziom debiutu. O ile debiut był był na poziomie, rzecz jasna. Dopiero wówczas my, odbiorcy, możemy się przekonać, z kim tak naprawdę mamy do czynienia – z uzurpatorem czy innym nagim królem czy też z realnym kandydatem na władcę, który rozpala wyobraźnię, zaciekawia, skłania do myślenia, rozbawia, zasmuca, frapuje. Czytaj dalej „Ewelina Dyda „Przychodzę nie w porę””

Arnaldur Indriðason „Jezioro” [Audiobook]

Poniżej poziomu morza

Zmierzch nie nadejdzie. Tego zawsze najbardziej brakowało mu latem. Ciemności. Pragnął chłodnego, zimowego mroku i głębokiej zimy.

Arnaldur Indriðason to niewątpliwie jeden z moich ulubionych pisarzy. Taki od pierwszego akapitu, pierwszego rozdziału, pierwszego tomu cyklu. Utożsamiam się, nic nie poradzę. Profesjonalna bezstronna ocena poszła się pieścić wraz z przeczytaniem pierwszej powieści Islandczyka wydanej w Polsce, której na imię W bagnieLodowaty chłód, depresyjna wręcz nieuchronność losu i ta islandzka strona kryminału – wkurzyłeś mnie, więc uderzę cię tak mocno, że możesz pożegnać się z tym światem, a mi pozostanie żyć z tym ciężarem do końca moich dni lub póki sprawiedliwość nie przyjdzie się po mnie upomnieć. Czasem bywa, że rzeczone upominanie się zajmuje kilkadziesiąt lat. Tak jak ma to miejsce w powieści Jezioro. Czytaj dalej „Arnaldur Indriðason „Jezioro” [Audiobook]”

Bartłomiej Rychter „Ostatni dzień lipca”

Ostatni dzień dotychczasowego świata

Co wyście narobili? Wojny się wam zachciało? Patrzcie, co narobiliście! Patrzcie! To przez was! To wasza wina.

Kończy się lipiec 1944 roku. Stołeczne miasto Warszawa pulsuje. Nie tylko od unoszącego się w upale kurzu i mrówczego pędu uciekających przed łapankami niemieckich żołnierzy Polaków. Już za kilkanaście godzin świat, który istnieje, zejdzie na samo dno piekła. A przecież wydawało się, że nie ma gorszego piekła niż odbieranie jednym przez drugich prawa do istnienia. Co za naiwna myśl! Oczywiście, że może być gorzej. Wszak diabeł tkwi w szczegółach. Przecież wystarczy zabrać nieszczęśników do ostatnich kręgów piekielnych jeszcze bardziej zwyrodniałą ścieżką, tak, by poczuli, że śmierć będzie wybawieniem, a nie porażką. Czytaj dalej „Bartłomiej Rychter „Ostatni dzień lipca””

Tarjei Vesaas „Pałac lodowy” [Audiobook]

Bezkompromisowa zima

Nagle przestała czuć się samotna. Znalazła kogoś, komu będzie mogła opowiedzieć wszystko już niebawem.

Tarjei Vesaas, norweski powieściopisarz, poeta i dramaturg uważany za jednego z najważniejszych autorów XX wieku, zasłynął z krótkich, alegorycznych form literackich. W Polsce prawdopodobnie bardziej znany jest filmoznawcom niż literaturoznawcom, a to z powodu adaptacji jego Ptaków, którą pod tytułem Żywot Mateusza wyreżyserował Witold Leszczyński. Ten mocno symboliczny film z niewinną, naiwną perspektywą dorosłego mężczyzny o umyśle dziecka, którego życiowe status quo wali się w momencie, gdy mieszkająca z nim siostra nawiązuje romans z okolicznym drwalem, to dobry punkt wyjścia do omawiania Pałacu lodowego. Bo podobieństw w zadzierzgnięciu obu fabuł jest sporo. Filtrowany przez dziecięcą – a zarazem nienaturalnie wręcz dojrzałą – wrażliwość Pałac to skromna objętościowo, ale symbolicznie i emocjonalnie rozedrgana – by nie powiedzieć: rozbuchana – rzecz o pewnej więzi. Więzi, która nie zdążyła się na dobre narodzić, ponieważ przerwało ją dramatyczne wydarzenie.
Czytaj dalej „Tarjei Vesaas „Pałac lodowy” [Audiobook]”

Małgorzata Rogala „Ważka”

Eleganckie ciosy

Broniła się, zadrapała mnie, ale to było jeszcze bardziej ekscytujące. Bo w życiu przecież chodzi o emocje, prawda?

Z góry przepraszam, że nie zabrzmi to zbyt elegancko, niemniej mam nieodparte wrażenie, że Małgorzata Rogala lubi się babrać. Jej literacka twórczość jest niczym starannie odrestaurowany budynek, którego właściciel nie zgodził się na remont gnijącej piwnicy, skrywającej szkielety i szczurze odchody. Rogala z lubością schodzi do tej piwnicy, a następnie przynosi stamtąd rozmaite paskudztwa i z uprzejmym uśmiechem mówi: „Spójrz, drogi czytelniku, co mam dla ciebie!”. Czytaj dalej „Małgorzata Rogala „Ważka””

Katarzyna Puzyńska „Z jednym wyjątkiem”

Wsi mordercza, wsi nużąca

Swoją drogą, prawda to zadziwiająca rzecz. Potrafi leczyć, ale potrafi też ranić.

Zacznijmy od cytatu powyżej. Czyli od prawdy. Prawdy o pisarstwie Katarzyny Puzyńskiej, które jest, nie owijając w bawełnę, kiepskie. I stwierdzenie tego nie wynika wyłącznie z faktu, że „mi się” coś podoba lub nie, że de gustibus… i inne tym podobne Wszak o gustach właśnie powinno się dyskutować. Powinno się, byle na trzeźwo i merytorycznie. Co nie zmienia przekonania we mnie, że to trochę donkisztoteria, to, co właśnie napiszę, gdyż kryminopisarski pazur Puzyńskiej zdążył się już głęboko wbić w serca czytelników, podobnie jak popularne telenowele zdobywają serca widzów. Bo cykl o Lipowie, a na pewno czwarta jego odsłona, czyli powieść Z jednym wyjątkiem, jest właśnie jak odcinek serialu opowiadającego o dużej rodzinie i jej powinowatych – serialu nienaturalnie rozrośniętego, spłyconego psychologicznie, wzbudzającego niemal wstydliwe zaciekawienie, do czytania przy kotlecie, nieco zakłamującego rzeczywistość, a na pewno mocno ją upraszczającego, oraz przywiązującego do siebie tą nader często pożądaną w dzisiejszych czasach potrzebą odmóżdżenia. Czytaj dalej „Katarzyna Puzyńska „Z jednym wyjątkiem””

Katarzyna Kwiatkowska „Zgubna trucizna”

Panny Łęckie i fałszerze banknotów

Małżeństwo jest towarem jak każdy inny, a towar trzeba sprzedać.

Katarzyna Kwiatkowska to niewątpliwie jedna z najbardziej intrygujących polskich kryminopisarek. Perfekcjonistka w odmalowywaniu realiów historycznych i obyczajowych przełomu XIX i XX wieku, tworząca prozę świadomie i mocno intertekstualną, nieco wycofana, odżegnująca się od wszelkich porównań i agresywnych promocji. Niewątpliwie ambitna i mająca pomysł na to, by nie iść w sukurs mainsteamowej papce. Zgubna trucizna, piąta powieść z retrokryminalnego cyklu poznańskiego, to Kwiatkowska jakiej dotąd nie znaliśmy, a zarazem Kwiatkowska na dwieście procent – wychodząca z ukochanych przez jej pióro wielkopolskich dworków ku poznańskim balom pełnym splendoru, żelaznych zasad i matrymonialnych zasadzek, jest zarazem tak pieczołowita w malunku epoki i miasta, że można by na podstawie samych opisów jej autorstwa zbudować makietę stolicy Wielkopolski czasów belle epoque. Myślę, uśmiechając się z uznaniem, że gdyby Bolesławowi Prusowi dane było dożyć naszych czasów i po książkę Kwiatkowskiej sięgnąć, z pewnością byłby kontent, a nawet by autorce przyklasnął. Czytaj dalej „Katarzyna Kwiatkowska „Zgubna trucizna””

Marek Krajewski, Mariusz Czubaj „Aleja samobójców” [Audiobook]

Odór piekła

Gówno poszło do gówna.

Aleja samobójców Mariusza Czubaja i Marka Krajewskiego nienajlepiej została przyjęta przez czytelników. Ci najbardziej krytyczni wspominają o chaosie, braku odpowiedniego rytmu, a w porywach absurdu złoszczą się na Krajewskiego, że zdradził retro na rzecz powieści rozgrywającej się współcześnie, tak jakby autor ten miał do końca żyć tkwić w określonych cuglach i nie miał prawa literacko się rozwijać i z nikim współpracować. Najgorsze jednak w tej sytuacji wydaje mi się to, że obaj autorzy ani myślą powrócić do kontynuowania cyklu i wspólną przygodę pisarską zakończyli na drugim tomie przygód stworzonego przez nich bohatera, gdańskiego nadkomisarza Jarosława Patera. Najgorsze, ponieważ obie powieści są tak ciekawym mariażem stylów obu kryminopisarzy, jak i fikuśnymi i oprawnymi w niebanalne anturaże opowieściami z dreszczykiem. Są, krótko mówiąc, świetne, i marnotrawstwem jest zarzucenie tego cyklu, nie pozwoliwszy mu się porządnie rozpędzić. Czytaj dalej „Marek Krajewski, Mariusz Czubaj „Aleja samobójców” [Audiobook]”

Stephen King „Joyland”

Cudowne lato 

Kiedy mowa jest o przeszłości, każdy pisze fikcję.

Stephen King napisał niekingowską powieść. Gwoli ścisłości – nie moje to słowa, jednak przychylam się do nich. Joyland, bo do tej książki amerykańskiego pisarza przywarło powyższe określenie, to opowieść o inicjacji przytaczana z perspektywy narratora, starszego mężczyzny zdającego sobie sprawę z tego, jak zawodna po latach bywa pamięć i jak młodzieńcze niegdyś odbiór i idealizacja pewnych zdarzeń i osób mogą zaburzać przytaczaną przezeń opowieść, na którą nałożyła się perspektywa lat i wynikłe z ich upływu doświadczenie. King nie potrafił co prawda odmówić sobie umieszczenia w rzeczonej powieści wątku grozy, jednak ten, potraktowany pretekstowo, nie zmienia jej istoty jako takiej – bogatej treści o dojrzewającej wrażliwości i o tym, jak wpływa ona na losy jej właściciela; gawędy o życiu zarówno codziennym, jak i duchowym, pogłębionym empatią i uwrażliwionym przeżywaniem wewnętrznym. Czytaj dalej „Stephen King „Joyland””

Stephen King „Lśnienie” [Audiobook]

Oszaleć ze strachu

Wiem, że możesz to zrobić, oczywiście, że możesz! Musisz go zabić, koniecznie musisz go zabić, Jackie! I ją także! Bo każdy artysta musi cierpieć! Bo każdy mężczyzna zabija to, co kocha!

Lśnienie, trzecia powieść Stephena Kinga, z podniesiona głową wkracza w wiek średni. Od czasu pierwszego wydania w 1977 roku minęło czterdzieści lat, a fabuła tego horroru i sposób ukazania szaleństwa przemieszanego ze zjawiskami nadprzyrodzonymi zdobywają kolejne rzesze czytelników. Także tych nieufnych, upierdliwie czepliwych, malkontenckich, którzy z powodu lektury Lśnienia, tego kamienia milowego literatury grozy, już na zawsze zostaną w pazurach Króla Horroru, choćby i ten w dalszych latach rozmieniał się na drobne. Czytaj dalej „Stephen King „Lśnienie” [Audiobook]”

Colette „Chéri” [Audiobook]

Bez klapek na oczach

Colette, a właściwie Sidonie-Gabrielle Colette. Recenzentka, tancerka, kobieta biznesu świetnie pojmująca znaczenie marki, ale przede wszystkim – pisarka. Jako dziecko wychowywana w duchu fourieryzmu, bez nakazów, zakazów, wzorców, dławienia uczuć. Powszechnie uznawana za skandalistkę swoich czasów, tak pod względem obyczajów, rodzicielstwa, seksualności, jak i twórczości. W wydanej w 1920 roku powieści Chéri, w niebanalnej, malarsko-poetyckiej formie przedstawia świat kurtyzan jako co najmniej pociągający, a związek dojrzałej kobiety z młodzieńcem jako tyleż zatruty, co przepojony zmysłowością i najczystszym rodzajem miłości – kochaniem drugiej osoby za to, że po prostu jest. Jednak to zaledwie czubek góry lodowej problematyki przedstawionej w tej niewielkiej książeczce, przypowieści właściwie, która na czynniki pierwsze rozkłada lęki przed starością i zmarnowaną młodością, dojrzałość i dziecięctwo oraz egoizm i altruizm wynikające z potęgi uczucia.

Czytaj dalej „Colette „Chéri” [Audiobook]”

Mariusz Czubaj „Martwe popołudnie”

Myślcie, a będzie Wam dane

Żyjemy w czasach świętej trójcy. Ta trójca to media, biznes i polityka.

Zacznę od sprostowania. I czepiania się. Choć bogiem a prawdą Mariusz Czubaj już zapewne wystarczająco za powieść Martwe popołudnie oberwał, także z tego powodu, że pewną nazwę gatunkową potraktował na wyrost. Oberwał, bo mógł nie wspominać w posłowiu o odwołaniach do thrillera politycznego, a wydawca także nie musiał tak jego książki reklamować. Tymczasem Martwe popołudnie, czyli powieść rozpoczynająca cykl o Marcinie Hłasko, byłym policjancie, pracowniku BSW i detektywie specjalizującym się w poszukiwaniu zaginionych, wcale nim nie jest, natomiast wszystkim innym za co pragnie uchodzić – niewątpliwie tak. Wszystkim innym, czyli kryminałem noir z licznymi kulturowymi odniesieniami oraz thrillerem o biznesach okupionych krwią, służbach specjalnych i ciemnej stronie historii Polski, takiej, z powodu której przypomnienia Czubajowi niektóre kręgi z pewnością przyszyłyby łatkę antypolskiego literata. Ale, dzięki bogom, kręgi te najwyraźniej czytują inne rzeczy, zatem autor może bez obaw chodzić po ulicach. Wracając do meritum, Martwe popołudnie politykę traktuje po macoszemu, niczym kopciuszka świętej trójcy rządzącej światem współczesnym, o której mowa w widocznym powyżej cytacie z omawianego dzieła. Polityka jest wrzucona do tego gara najwyraźniej jedynie po to, aby pewnej konwencji stało się zadość, aby mówiąc potocznie, nie było, że nie było. Nie jest ona istotną treścią, a ledwie przemyka gdzieś na dalszym planie. Choć początek zapowiadał, że będzie sednem dzieła. Czytaj dalej „Mariusz Czubaj „Martwe popołudnie””

Anna Fryczkowska „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)”

Babski kryminał (nie myląc z damskim)

Lekko nietrzeźwe kobiety w większej grupie zawsze są zbyt głośne, zbyt wylewne i zbyt rubaszne, trochę nawet obrzydliwe.

Przyznam, że nie rozumiem. Nie rozumiem, jak autorka, która w rozmowach z dziennikarzami sprawia wrażenie osoby inteligentnej, oczytanej i uświadomionej kulturowo, mogła urodzić takiego kryminalnego potworka jak Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki). Anna Fryczkowska, bo o niej mowa, utkała powieść kryminalną nie tyle damską, nie kobiecą nawet, ile babską. Wbrew pozorom określenia te nie są synonimami. I wcale nie trzeba namiętnie rozczytywać się w literaturze pisanej przez kobiety dla kobiet, aby zorientować się, kiedy rzeczywistość przedstawiona w niej jest płasko, błaho, czarno-biało oraz kiedy wpycha tłukiem do głowy topornie wyłożone nauki. Takim tłukiem, jakiego używa w kuchni baba właśnie, nie kobieta, nie dama. Baba, która biega, krzyczy, trajkocze, nadaje na sąsiadkę, a jeszcze bardziej na swojego chłopa. Wracając, nie trzeba się rozczytywać w literaturze typu „kobiety kobietom”, aby wiedzieć, kiedy się wcina książkę przypominającą lukrowany pączek pełen pustych kalorii. Wystarczy mieć w miarę ruchliwe szare komórki. Czytaj dalej „Anna Fryczkowska „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)””

Ewelina Dyda „Zła waluta”

Miasto utrapienia

Każdego można kupić. Trzeba tylko znać odpowiednią walutę.

(Jakub Rau, prywatny detektyw)

Niewielkie miasto w południowo-wschodniej Polsce. Niegdyś siedziba województwa, teraz nieco zapomniane. Niecałe pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Głównie w podeszłym wieku, gdyż większość młodzieży po szkole średniej opuszcza to miasto w nadziei na lepszą przyszłość gdzie indziej. Miasto wycofane, nieco widmowe, z kolącą w oczy kamienicą zabitą deskami i licznymi lokalami użytkowymi, które na darmo czekają w nadziei, że jakiś rzutki mieszkaniec rozkręci w nich biznes. Do tego parę osiedli z wielkiej płyty – wspomnienie rozrastającej się infrastruktury, która obecnie stoi w miejscu. I nieliczne wieżowce – wątłe zmamiono nowoczesności. Bliskość jeziora uatrakcyjnia mieszkańcom miesiące letnie, natomiast w zimie łatwo zapaść w niedźwiedzi sen, ponieważ dosłownie i w przenośni nic się tu nie dzieje. A, przepraszam, muszę jednak zwrócić honor. Dzieje się. W końcu, gdy jest knajpa – jest już dobrze. Na dodatek taka knajpa, gdzie piwo jest tanie. Nieważne, że lokal obskurny. Wszak zawsze można uznać, że jest pijalnią dla prawdziwych twardzieli, takich, co to dumnie obnoszą się ze złamaniami zewnętrznych narządów oddechowych. Natomiast twardzielki na jednej z bocznych uliczek od rynku mogą zaopatrzyć się w najmocniejszy ze specjalistycznych peelingów do twarzy w firmowym sklepie Ziaji. Teraz już mogą. Do niedawna musiały robić to przez Allegro, gdyż wszystko dociera tu nieco później. Tu, czyli do Tarnobrzega. Miasta utrapienia młodych i ambitnych, którzy z takich czy innych względów muszą w nim pozostać. Miasta utrapienia Eweliny Dydy, która szturmem wbija się swoim debiutem, powieścią Zła waluta, pomiędzy królowe i księżniczki polskiego kryminału. Przy czym Dyda bynajmniej nie pragnie zagarniać nikomu królewskich duktów. Ona podąża własną drogą. Pełną popękanych płyt chodnikowych, obsikaną przez okolicznych pijaków i klasycznie czarną. Ścieżką kryminału noir, którego spisanego kobiecą ręką dotąd w Polsce nie było. Czytaj dalej „Ewelina Dyda „Zła waluta””

Cezary Harasimowicz „Miejsce odosobnienia”

Służby, słudzy, niewolnicy

(…) You’re gonna have to serve somebody, yes indeed
You’re gonna have to serve somebody,
Well, it may be the devil or it may be the Lord
But you’re gonna have to serve somebody.

(Bob Dylan)

Co to była za przygoda! Cezary Harasimowicz, pisząc Miejsce odosobnienia, przelał na wordowski arkusz kolosalne zaplecze teoretyczne oraz historyczno-polityczne rozeznanie. Do tego dodał własne doświadczenie scenopisarskie, które nie sprowadziło się wyłącznie do porywistych dialogów, lecz także nieoszczędzających odbiorcy zwrotów akcji, narracyjnych eksperymentów oraz nieoczekiwanych powiązań między głównymi bohaterami. Trzeba nie lada talentu, aby napisać dobrą powieść gatunkową. Trzeba nie lada talentu i jeszcze większej wiedzy, aby za pomocą fikcyjnej fabuły przemycić obfitość informacji historycznych, geopolitycznych i specjalistycznych ciekawostek, nie nużąc czytelnika jednocześnie. Wreszcie: trzeba nie lada talentu, jeszcze większej wiedzy i niebanalnych zdolności strategicznych, by swoją fikcyjną opowieść umieścić obok autentycznych wydarzeń, polityczno-historycznych rozgrywek, które miały bądź nadal mają miejsce, i przemieszać wytwór wyobraźni z rzeczywistością tak, aby odbiorca pomyślał: „Tak, tak właśnie mogło się to odbyć”. Czytaj dalej „Cezary Harasimowicz „Miejsce odosobnienia””

Marcin Ciszewski „Wiatr”

Nasza zima zła

To miał być sylwester inny niż wszystkie, spędzony w surowych warunkach w schronisku na Kasprowym Wierchu, będącym mekką wszystkich szanujących się narciarzy i przepiękną wizytówką polskich Tatr. Jakub Tyszkiewicz, korzystający z urlopu policjant, wolałby wprawdzie spędzić ten wyjątkowy wieczór z żoną w łóżku, ale ulegając jej prośbom, dał się namówić na tańce na zaśnieżonej górze w gronie niekoniecznie znajomych osób. Jednak rozrywka tego typu nie jest mu pisana, ponieważ krótko po rozpoczęciu zabawy niezidentyfikowany napastnik atakuje jedną z imprezowiczek. Ponadto w międzyczasie, gdy śnieżna wichura zdąży się już rozszaleć na dobre, ktoś wjeżdża na Kasprowy kolejką linową. Kto ma odwagę robić to w czasie, kiedy wjazd ów grozi śmiercią? Czy istotnie będzie to ekipa serwisowa, jak poinformowała obsługa? Tylko jeden z uczestników przerwanej zabawy będzie miał świadomość tego, że to kłamstwo. Kto? Na te i inne pytania odpowiedzi znajdziemy w książce Marcina Ciszewskiego Wiatr. Czytaj dalej „Marcin Ciszewski „Wiatr””

Michael Katz Krefeld – Sekta

Kruk w gnieździe

Dobrze by było, gdyby Wydawnictwo Literackie zdecydowało się wypuszczać nowe powieści Michaela Katza Krefelda corocznie w listopadzie. Nieważne bowiem, o jakiej porze roku główny bohater kryminalnego cyklu Duńczyka przemierza ulice Kopenhagi i państw, do których się udaje w celu rozwiązania zagadek, opowieści te niezmiennie są tak bardzo mroczne, brudne oraz śmierdzące ludzką zgnilizną moralną i szaleństwem, że na datę premiery idealnie pasuje dzień w miesiącu uznawanym za najbardziej depresyjny w roku. Na czas lektury swoich książek Krefeld niczym wampir wysysa z czytelników życiową energię i robi to absolutnie bezpardonowo, przedstawiając tak chore – a zarazem tchnące realizmem! – wizje człowieczych czynów i umysłów, o jakich nie śniło się filozofom. Sekta, trzecia z jego powieści wydana w Polsce, tylko tę regułę potwierdza. Dodam, że robi to w wersji jeszcze dosadniejszej niż wydane wcześniej Wykolejony i Zaginiony. Śmiało postawię tezę, że tak dobry w kreowaniu gotyckiego wręcz mroku Krefeld dotąd nie był! Czytaj dalej „Michael Katz Krefeld – Sekta”

Dariusz Pawłowski „Czarna samica kruka: Lot nad krawędzią świadomości”

Obrazy nie do zapomnienia

Oczy o źrenicach, w których chociaż jeden raz odbił się gasnący płomień uchodzącego życia, nigdy już nie będą takie same.

„Nie oglądaj tego filmu! Poważnie chcesz do końca życia mieć w głowie te straszne obrazy? Bo gdy raz je zobaczysz, nie pozbędziesz się ich nigdy…”. Takimi słowami ostrzegł mnie przed laty kolega, gdy postanowiłam zmierzyć się z Antychrystem (2009) Larsa von Triera. Wspomniany film ma swoich zwolenników, jak i przeciwników, a jego wartość artystyczna dla wielu pozostaje sporna, jednak jednego odmówić mu nie można – tego, że niektóre jego kadry czy sceny pozostawiają niezatarte wrażenie, wnikają w rdzeń umysłu, a w swej bezkompromisowości zachwycają odbiorcę tudzież doprowadzają go do wymiotów. Przytaczam wspomnienie dotyczące Antychrysta nie od parady. Przeczytana niedawno powieść sprawiła, że do szuflady magazynującej w moim umyśle widoki niezapomniane w swym przerażającym wydźwięku, dołączyło kilka kolejnych. Odpowiedzialny za to jest pisarz Dariusz Pawłowski i jego Czarna samica kruka. Czytaj dalej „Dariusz Pawłowski „Czarna samica kruka: Lot nad krawędzią świadomości””

Sebastian Imielski – Szkoła na wzgórzu

Z notatnika prowincjonalnego nauczyciela

Szkoła na wzgórzu to pełnowymiarowy debiut literacki Sebastiana Imielskiego i zarazem bardzo udana powieść gatunkowa. Łączy klasyczne motywy kryminalne – mała społeczność, liczne szkielety w szafie, niedające o sobie zapomnieć niewyjaśnione morderstwo sprzed lat etc. – z charakterystycznymi rysami, jakimi są nietypowa para „detektywów” – nauczyciel polonista i zdegradowany dziennikarz – oraz wzrastające w miarę przewracanych stron bombardowanie okrucieństwem i naturalizmem. Na domiar niemało w niej frapujących społecznych spostrzeżeń i uwrażliwienia na człowiecze traumy i nieszczęścia. Czytaj dalej „Sebastian Imielski – Szkoła na wzgórzu”

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑